Wejdź na nadkruszoną Szklaną Górę.
RSS
wtorek, 24 listopada 2009

Skoro twierdzisz, że niczego się nie boisz, opowiem ci o Krainie Zmarłych.

W dawnych czasach, gdy na tronach zasiadali królowie a w lasach mieszkały szalone czarownice, istniały cztery Księgi, w których napisano jak trafić do Krainy Zmarłych. Dwie z nich były przeklęte, jedna błogosławiona a ostatniej nie rozpoznałbyś, choćbyś wziął ją do ręki.

Pierwszą z Ksiąg napisał królewski wróżbita. Historia Krainy Zmarłych, jej topografia i wiodąca do niej Brama Tysięcy Kości zjawiła mu się we śnie. Zamiast zapomnieć o wizji, wróżbita zdecydował się ją opisać nie wiedząc, na co się porywa. Pisał ją z początku gęsim piórem na kartach pergaminu, tam też rysował mapy i obrazy dziwnych istot z Krainy, lecz wciąż mu nie szło. Ilekroć napisał kilka zdań, zaraz – przekonany, że nie tak opisuje Krainę jak trzeba - rwał pergaminy na strzępy. W końcu, pewnej burzliwej nocy poszedł na cmentarz i rozkopał grób jakiegoś nieszczęśnika. I choć brzmi to upiorne, z kości trupa wystrugał sobie nowe pióra do pisania, jako atramentu używając własnej krwi. Księga zaczęła wtedy pisać się sama i wciąż puchła, karmiąc się krwią szaleńca, który zapełniając kolejne strony oszalał ze szczętem. W końcu znaleziono go powieszonego w wieży, z której z pomocą lunety patrzył na gwiazdy a Księgę zamknięto na cztery spusty i zapomniano o niej: śmierdziała bowiem krwią a każdy kto do niej zajrzał, prędzej czy później pragnął dopisać w niej coś od siebie i nie trzeba dodawać, że było wiele przypadków podobnych do losu jej nieszczęsnego autora. Do dziś wiele kart z tej Księgi wałęsa się po świecie.

Drugiej Księgi nie napisał człowiek, była to bowiem stara Księga Czarów znajdująca się od wieków w posiadaniu rodu elfów. Piękna to była Księga, jak wszystkie książki elfów, z okładkami z twardego drzewa zdobionego w najpiękniejsze ornamenty, a z jej kart wznosił się srebrzysty pył, który wpadając do serca budził w nim wielką błogość. Elfy używały jej rzadko, gdyż jako istoty zrodzone z czarów nie potrzebowały często korzystać z „suchej magii”, jak nazywały spisane magiczne formuły. Dziwne te i zwiewne istoty jako nieśmiertelne, opisały Krainę Zmarłych w formie ciekawostki, którą warto odwiedzić w magicznej podróży. Co stało się wszakże z Księgą Czarów? Jak wiadomo, w trakcie wojny pomiędzy ludźmi a elfami zaginęła, by odnaleźć się pewnego dnia w rękach najpotężniejszego z wszystkich ludzkich magów. Nic dziwnego, że przeklęto ją jak i jej posiadacza, gdyż jego potęga wzięła się właśnie z tej Księgi a wykorzystał ją, podbijając krwawo ludzkie krainy. W końcu, gdy każde z państw padło u jego stóp uznał, iż wszystkie królestwa ziemskie to dla niego za mało. Zaczął się wówczas zbroić, by napaść na Krainę Zmarłych i wziąć ją w swe posiadanie. I tak, pewnego poranka w nieznane udała się największa jaką świat widział, armia. Mag poprowadził swe hufce ku opisanej w Księdze Czarów Bramie Tysiąca Kości. Pod stopami jego wojowników drżała ziemia a przerażeni ludzie pozamykali się w swych domach patrząc przez okna na czarną rzekę rycerskich zbroi i wielki las włóczni, widoczny aż po horyzont. Obsesja maga stała się wszakże przyczyną jego upadku, gdy bowiem ostatni wojownik przeszedł przez Bramę Tysiąca Kości zapadła na świecie straszliwa cisza, trwająca trzy godziny, a potem dźwięki wróciły jak gdyby nic się nie stało. Zapanował także na świecie niespodziewany pokój, mag bowem nigdy już nie powrócił do świata żywych i nie wróciła też jego armia: słuch po nich zaginął.

Księga trzecia była księgą traktującą o religii, napisaną przez mnichów. Mało w niej było słów o Krainie Zmarłych mówiono jednak, że za pomocą modlitw znajdujących się na jej kartach można było przywołać ich dusze. Pewien król, który bał się śmierci i tego co za nią się kryje, nakazał kiedyś by przynieść mu Księgę i za jej pomocą wezwać jego zmarłą żonę. Tak też się stało, żona nie odezwała się jednak do króla – patrzyła tylko na niego smutnym wzrokiem, blada i srebrzysta, a gdy ten próbował jej dotknąć, padł zemdlony. Po tym wydarzeniu zabrano Księgę do opactwa i do tej pory leży ona zapomniana w świątynnych bibliotekach.

Czwarta i ostatnia Księga nie była tak piękna jak Księga Czarów, ciężka i zamykana na łańcuch jak Księga Mnichów ani upiorna jak Księga Wróżbity lecz miała coś w sobie, co nie pozwalało o niej zapomnieć. Wyglądała jak zwykła, choć pięknie oprawiona książka bez tytułu, zawierająca piękne opowieści. Wystarczyło jednak zagłębić się w lekturze, by – ni stąd ni zowąd – znaleźć wśród baśni i przypowieści opis wejścia do Krainy Zmarłych.

- Wyjdź z domu o poranku, lecz gdy dzień nie zbudził się jeszcze do końca – mówiła Księga – i trzymając mnie w dłoni idź przed siebie, oczy mając zamknięte. Usłyszysz nagle szmer – to będą ulatujące z ludzi dusze. Potem usłyszysz łoskot, jak huk zamykanych trumien i zasypywanych grobów i tym właśnie ten łoskot będzie. Nie otwieraj wszakże oczu, lecz dalej idź przed siebie aż poczujesz na twarzy powiew tak, jakby ktoś dotknął dłonią twej twarzy. Otwórz wówczas oczy, znajdziesz się bowiem przed Bramą Tysiąca Kości.


Sto lat temu był pewien człowiek, który pragnął poznać tajemnicę Krainy Zmarłych ze wszystkich swoich sił. Korzystając z mocy czwartej Księgi, ruszył przed siebie o świtaniu. Szedł długo potykając się o kamienie i wykroty, nie zawahał się jednak ani razu aż usłyszał dziwny szmer, jakby pieśń i krzyk jednocześnie. Pewien był, że to owe dusze, o których Księga wspominała nie powiedział jednak nic i nie otworzył oczu, lecz ruszył dalej przed siebie aż dobiegł go huk i łoskot. Zadrżał cały, nie powstrzymał jednak kroku. W końcu, zmęczony i przerażony poczuł, że ktoś go dotyka chłodną dłonią: otworzył wtedy oczy i ujrzał Bramę Tysiąca Kości.

Wielka to była Brama i, wbrew swojej nazwie, bardzo piękna. Wznosiła się wysoko, wyciosana z drzewa, kamienia i ziemi. Gdziekolwiek nie spojrzeć, widać było wtopione w nią kości: całe szkielety ludzkie i zwierzęce a nawet chitynowe skorupy owadów i rybie łuski tak, jakby przechodząc przez nią trzeba było pozostawić za sobą wszystko, co łączyło żywych z ich światem i wyzwolić się z cielesnej skorupy. Kości drgały lekko, jakby dotknięte wiatrem – człowiek nie patrzył jednak na nie, lecz przeszedł szybko za Bramę i znalazł się w Krainie Zmarłych.

W jego oczy uderzyły kolory – była to bowiem piękna Kraina, choć było w niej coś co nie dawało mu spokoju. Oto bowiem patrzył na ukwieconą dolinę i błyszczące tafle jezior, widział też odległe miasta i zamki: nie widział jednak słońca ani chmur a wszystko spowijała nienaturalna cisza. Nie wiał tu wiatr, nie poruszały się liście drzew, nie słychać było szmeru strumienia. Idąc przed siebie zauważył między niezwykle spokojnymi drzewami sarenkę: zwierzątko patrzyło na niego stojąc bez ruchu, zupełnie nie spłoszone. Człowiek wzdrygnął się i ruszył dalej.

Nie czuł głodu, chłodu czy pragnienia – idąc ścieżką Krainy Zmarłych nie był zmęczony i nic mu nie doskwierało. Zatrzymał się i dotknął rosnącej na ziemi trawy: była w dotyku miękka i soczysta, jarzyła się mu w oczach i nie mógł stwierdzić: czy trawa wyrasta z ziemi, a może ziemia z trawy... a im dłużej na nią patrzył, tym bardziej nie potrafił oderwać od niej wzroku – możliwe nawet, że zostałby przy niej i nie ruszył się z miejsca. Resztką sił oderwał wzrok od trawy i szybko pobiegł dalej czując w sercu powiew grozy, nie należał bowiem do tego miejsca i czuł, że tu nie pasuje. A było to przecież dopiero pogranicze Krainy Zmarłych i nie wiedział, jakie cuda kryją się poza zasięgiem jego wzroku.

Przyspieszył kroku. Pomyślał, że wejdzie do domu, którego zauważył tuż pod granicą lasu: był to piękny i duży dom, z wielkim ogrodem pełnym nieruchomych roślin, o białym dachu i kominie, z którego nie unosił się wszakże dym. Człowiek doszedł do furtki i popchnął ją lekko a ona uchyliła się bez skrzypienia, po czym zastygła.

Drzwi stały otworem, człowiek wszedł więc do środka i – ku swemu zdziwieniu – zauważył siedzących w wielkiej sali zmarłych. Ich ciała różniły się od jego, choć nie potrafił wytłumaczyć na czym polega różnica: może jaśniały lekko, a może dostrzegał coś kątem oka, coś czego nie potrafił dojrzeć? Powitali go uśmiechami, nie ruszając się z miejsca a on podszedł do nich z dziwnym lękiem w sercu, które rwało się w nim do poznania prawdy a jednocześnie kurczyło się ze strachu. Usiadł przy nich i zaczął z nimi rozmawiać a oni odpowiadali spokojnymi głosami na wszystkie jego pytania. Miał ich wiele, co jednak zmarli powiedzieli, zapadało w nim i zaraz wylatywało z jego głowy: nie mógł niczego spamiętać i nagle zrozumiał, że zmarli nie mówią mu nic konkretnego, lecz uspokajają go wiedząc jakby, jak bardzo jest przerażony. Bał się, bo nagle zrozumiał, że nie są oni tacy jak mu się przedstawiają tak, jak i cała ich Kraina nie jest tym, czym mu się wydaje. Nie mógł się wszakże poruszyć i czuł, jakby był pod wodą utkaną ze światła: ciepłą i miękką niczym bezpieczny kokon. W końcu znów zebrał w sobie resztki woli i wstał, szykując się do wyjścia, a zmarli patrzyli na niego z błogimi uśmiechami tak, jakby litowali się nad nim i nad tym, że nie potrafi ich zrozumieć.

Wychodząc dojrzał jeszcze pewien szczegół, który sprawił, że pobiegł czym prędzej w kierunku Bramy Tysiąca Kości. Biegł ku niej jak szalony, pragnąc jak najszybciej opuścić Krainę Zmarłych.

Zmarli bowiem nie poruszali się i nie powstali na jego widok gdyż nie widać było, gdzie kończy się ich ciało a gdzie zaczynają się stoły i sofy, na których siedzieli. Poruszali rękami i zwracali ku niemu twarze patrząc srebrzystymi oczami, ale reszta ich ciał zlewała się z miejscami, w których się znajdowali... a miejsca te niknęły w chacie, która zatapiała się w las, który wyrastał z Krainy. Nic tu nie zaczynało się i nic nie kończyło, trwało tylko wieczne i wszechobecne, w spokoju i szczęściu którego człowiek nie mógł zrozumieć i które, zamiast budzić ukojenie w jego sercu, budziło niezrozumiały lęk.

Kraina Zmarłych jest bowiem tylko dla zmarłych.


 

wtorek, 17 listopada 2009


Tam, gdzie teraz patrzysz z okna starej wieży, dawno, dawno temu znajdowało się istne morze rupieci. Resztki zardzewiałych urządzeń, powyginanych drutów, metalowych pudeł i stalowych szczątków wyglądały niczym szary ocean. Co jakiś czas, gdy niebo robiło się pochmurne, leżące po horyzont żelastwo drgało i trzęsło się od zapomnianych resztek elektryczności. Czujny obserwator dostrzegłby przemykające po równinie błękitne drzazgi prądu, które ze świstem i trzaskiem pędziły przed siebie, przeskakując z jednego kopca mechanicznych rupieci na drugi kopiec, prześlizgując się po poszarpanych drutach i zapomnianych słupach wyglądających jak rozczapierzone, stalowe drzewa.


Z takiego to przeklętego śmietniska, wiele lat temu wylągł się Żelazny Jan. Starzy ludzie powiadali, że noc jego narodzin była burzliwa i pełna piorunów, które tak długo uderzały w stare machiny i drgające szczątki, że zaczęły one ciągnąć ku sobie i sczepiać się w żelazną potworę, szumiącą, trzeszczącą i cykającą. Z początku wyglądała ona jak stary zardzewiały krab lecz wciąż jej było mało. Dopóty zatem krążyła po cmentarzysku, dopóki nie doczepiła sobie żelaznego tułowia, rąk i głowy. Na końcu zaś wytworzyła sobie twarz o oczach pustych i szklanych, twarz nieco smutną i zamyśloną, a może okrutną? Nie wiadomo. Tak czy owak, maszkara nazwała się Żelaznym Janem i z wolna zaczęła iść w stronę naszego królestwa. Długo zajęła jej ta podróż, stawała bowiem często i ani drgnęła, czekając cierpliwie burzę z piorunami – żywiła się bowiem nimi i dzięki temu mogła trwać i dalej iść przed siebie.


Pierwsze Żelaznego Jana dostrzegły istoty z Zaczarowanego Lasu, będącego daleko na północ od naszego królestwa. Z początku ostrzegły go, by nie zbliżał się do granic ich księstwa, ale Żelazny Jan parł przed siebie nie zważając na nic. Aby go powstrzymać strzelano do niego z łuków, lecz strzały odbijały się od jego żelaznej piersi. Wypuszczono na niego sforę wilków zaprawionych w bojach, lecz ich kły ześlizgiwały się tylko lub pękały na żelaznym ciele. W końcu przed Janem stanęła sama Królowa Lasu, a była to potężna czarodziejka. Ciskała w niego najpotężniejsze zaklęcia, tak silne aż powietrze furczało od uderzeń magicznej mocy. Żaden czar nie chciał jednak wtopić się w żelazo i żaden nie mógł powstrzymać upiornego podróżnika. Żelazny Jan minął Królową, nie zwracając na nią uwagi. Wtedy to zdecydowano się na desperacki krok i wysłano na Żelaznego Jana Niedźwiedzia z Zaczarowanego Lasu, będącego od wielu lat w konflikcie z Królową. W zamian za jego pomoc w pokonaniu żelaznego potwora, Królowa zgodziła się zakończyć wojnę z południową częścią Lasu, władaną przez Niedźwiedzia; zawarto także sojusz związany z przydziałem leśnych malin oraz dostępem Niedźwiedzia i jego braci do uli. Pakt o nieagresji spisano na korze starego Drzewa, w obecności sławnego w całej krainie Królika Jeremiasza (znanego specjalisty od prawa sądowego) i trzydziestu sześciu świadków zebranych z najodleglejszych części Lasu. Wiele tu było bowiem do ustalenia: wyznaczono nowe granice, uproszono zaczarowany strumyk by mniej szemrał w noce październikowe (stary konflikt ze strumykiem w tej sprawie ciągnął się od pokoleń) i zgodzono się by duchy leśne mogły do woli hasać przy Zielonym Kamieniu, któremu obiecano z kolei że Niedźwiedź przestanie skrobać go z mchu (co zwykł czynić gdy swędziły go pazury). Wiele było zresztą i innych umów i pogodzeń, traktatów i obietnic dość, że nie starczyłoby miejsca by wszystkie je tu przytoczyć. I tak po nocnej popijawie, którą uczczono rozejm, ukontentowany Niedźwiedź wyruszył na spotkanie z, jak się wyraził, „kandydatem do rozdeptania”. Gdy jednak ujrzał Żelaznego Jana i ryknął na niego złowrogo, ten wybałuszył na niego swe szklane ślepia a z jego rąk trysnęły błękitne pioruny, które urwały Niedźwiedziowi włochaty czerep. Od tej chwili nikt nie niepokoił już Żelaznego Jana... a ten szedł wciąż przed siebie i po kilku dniach zostawił Zaczarowany Las za sobą idąc w kierunku Mglistych Gór, zamieszkałych przez różnorakie potwory i szkaradne monstra. Wielu śmiałków próbowało przeprawić się przez Mgliste Góry i poznać ich tajemnicę, ale tylko Żelazny Jan przeszedł przez nie bez szwanku. W ten sposób znacznie zbliżył się do granic naszego królestwa i można go było dojrzeć przez starą, astronomiczną lunetę.

Państwem władał wówczas stary król, dość zresztą bojaźliwy, dla którego Żelazny Jan był pierwszym poważnym problemem. Od dawna w jego królestwie nie było bowiem wojen czy zarazy a mieszkańcy chwalili sobie spokojne (choć może nieco nudne) życie. Widząc zatem nadchodzącą poczwarę, król wezwał do siebie doradców i jął ich pytać co czynić. W wielkiej sali audiencyjnej rozpętała się żywiołowa dyskusja. Jedni doradcy byli za atakiem oblężniczymi machinami, które skoro potrafią kruszyć skały skruszą i żelastwo. Inni doradcy byli przekonani, że tylko ogień pokona potwora, gdy bowiem żelazo rozgrzeje się do czerwoności, niechybnie się stopi. Ostatni mówili wreszcie o zastawieniu pułapki na żelaznego demona. Pułapka miała mieć postać wielkiego dołu, w który żelazna poczwara – jako głupia z natury – na pewno wpadnie. Niestety żadna rada nie zadowoliła króla. Machiny oblężnicze okazały się być stare i uszkodzone, a czasu by nowe budować nie było. Nie było także sposobu by rozgrzać ogień do temperatury, która mogłaby stopić Żelaznego Jana, a z pomysłem ostatnim w ogóle nie dyskutowano. Zdesperowany władca wezwał wówczas do sali audiencyjnej mędrca pałacowego, siwego i bardzo już starego badacza historii, który odezwał się w te słowa:


- Najjaśniejszy panie! Jak wiesz, królestwo nasze pełne było niegdyś rozmaitych machin, przodkowie nasi nauczyli się bowiem jak myśli w kryształy wkręcać i piorunami je napędzać. Im więcej jednak machin budowali, tym mniej ich samych było. Upodobali sobie jednak wszystko co sztuczne i nakręcane. Budowali zatem wielkie miasta mechaniczne i statki żelazne, które nie pływały po morzach, lecz wznosiły się z hukiem i ogniem pod niebo. W każdym z domostw stały kloce kryształowe, które jak kule magiczne ukazywały mieszkańcom piękne baśnie i bajędy dla ich rozrywki. Gdziekolwiek by się nie obrócono, tam wszędzie były machiny: duże i małe, mądre i głupie i wreszcie nie było już miejsca, w którym nie tkwiłaby maszyneria. W końcu doszło do tego, że szaleni czarownicy projektujący wciąż nowe machiny wpadli na pomysł, by takie stworzyć, które będą do żywych zupełnie podobne i niemal nie do odróżnienia. Ich diabelski pomysł doprowadził do wielu wojen, a największa z nich – ostatnia - zniszczyła wszystkie królestwa. Wiele lat upłynęło od tego wydarzenia i tylko po jednym z dawnych królestw, pozostało stare cmentarzysko machin, z którego owa poczwara wzięła swój początek. Idzie ona teraz ku nam, gdyż w kryształach zardzewiałych kołaczą jej myśli szalone i zapewne wrogie wszystkiemu co żywe i niemechaniczne. Może myśli ona, że wojna nie skończyła się wcale a może o wojnie nic nie wie – odgadnąć niepodobna.

- Jak zatem powstrzymać tego potwora?! - krzyknął król w gniewie, dość miał już bowiem bajdurzenia mędrca o dawnych czasach, podczas gdy w obecnych Żelazny Jan przechodził już przez pierwsze wioski w królestwie, wyraźnie kierując się w stronę zamku.

- Jeśli żelazna poczwara ma za zadanie niszczyć inne machiny żelazne, gdyż to w wojnie mogła czynić – powiedział mędrzec – to tu ich nie odnajdzie. Gdyby zaś miała nas atakować lub nasze budowle, zrobiłaby to już wcześniej, niszcząc wszystko po drodze. A przecież tylko wtedy, gdy próbowano powstrzymać poczwarę, broniła się przed atakiem. Niech zatem przejdzie przez królestwo w spokoju, a nikomu nie stanie się krzywda.

Szmer zapanował w sali audiencyjnej. Wróg był już bowiem u bram i nie atakowanie go uznano za szaleństwo. Zewsząd zaczęły napływać gorączkowe propozycje uporania się z problemem.

- Wszystko to bajdy i bajędy! - ryknął gromko jeden z obecnych w trakcie narady królewskiej, generał. - Jak wszystkim wiadomo, każda poczwara łasa jest na dziewice. Dać mu dziewicę, powiadam!

- Nie dziewicę, tylko barana – wtrącił uczony szlachcic. - Nasamwprzód obtoczyć w smole i trującym sianie! Jak bestia się nażre, ani chybi rozpuknie!

- Toć można i dziewicę obtoczyć w smole!

- A jakże!

- Głupoty waszmoście gadacie – wtrącił niezwykle podekscytowany, młody rycerz. - Żelazne toto, a więc podobne do bazylicha, co mieszka pod zamkiem i ludzi spojrzeniem w żelazo lub kamień zamienia. A jeśli owy bazylich w lustrze się obaczy, to i sam w kamień obróci. Trzeba zatem żelaznej poczwarze lustro okazać by się w kamień przemieniła!

- Można dziewicę obtoczoną w smole i trującym sianie w lustro wyposażyć!

- Racja!

- Dość już gadania! - zdenerwował się król i zeskakując z tronu, dobiegł do astronomicznej lunety. Spojrzał przez nią i zadrżał: Żelazny Jan stał już przed zamkową bramą, poszedł bowiem drogą na skróty i dotarł do zamku przed czasem. - Jest już! - pisnął król i w przerażeniu złapał się za głowę. - Zróbcie coś! Powstrzymajcie go! - krzyknął, ale zebrani w sali doradcy patrzyli tylko po sobie, nie wiedząc co czynić. I tylko siwy mędrzec uśmiechnął się smutno.

Nie znaczyło to jednak, że nic nie zrobiono. Każde królestwo posiada swoich rycerzy, których zadaniem jest bronić króla. Gdy Żelazny Jan otworzył bramę zamku, otoczył go rycerski korpus, który zaczął go razić mieczami i kopiami. Miecze pękały jednak jak zapałki a kopie co najwyżej porysowały lekko żelazne cielsko potwora. W końcu Żelazny Jan spojrzał na napastników szklanymi oczami i, tak jak w przypadku Niedźwiedzia, cisnął w nich piorunami. Błękitne smugi osmaliły zbroje atakujących i wytrąciły im broń z ręki. Rycerze uciekli od żelaznego demona, a ten skierował swe kroki do wnętrza zamku i sal królewskich. Idąc dudnił i mamrotał do siebie, a gdy dotarł do komnat zamkowych zawołał metalicznym głosem:

- Żądam audiencji u króla!

Zapanował popłoch. Doradcy króla zaczęli chować się za kolumnami, a sam władca rzucał się dookoła tronu to w lewo, to w prawo, nie wiedząc co czynić. Nagle trzasnęło, huknęło i po resztkach zniszczonych drzwi wszedł do sali audiencyjnej Żelazny Jan. Jego żelazne cielsko drgało i trzeszczało, ze stawów kolanowych świstały kłęby pary a po żelaznej głowie skakały błękitne iskry.

- Żądam audiencji u króla! - powtórzył głucho i to wystarczyło, by doradcy władcy wybiegli z wrzaskiem z sali. Chciał uciec i król, lecz bał się przebiec obok żelaznej machiny, schował się więc za mędrca.

- A po cóż ci król, drogi potworze żelazny! - wypiszczał. - Na co ci on! Król ci do niczego nie potrzebny, król stary jest i zmęczony! Z mędrcem pogawędź sobie! On ci ciekawe rzeczy opowie, mądry jest przecież! A król... cóż król może wiedzieć! Niewiele ma do powiedzenia! To król malutki, słabiutki... królik po prostu!

- Żądam audiencji u króla! - powtórzył Żelazny Jan a oczy szklane rozjarzyły mu się złowrogo.

- Czegóż chcesz! Mów i idź sobie! - krzyknął cienko król, drżąc cały. W Żelaznym Janie coś wówczas zachrobotało, pisnęło i grzmotnęło. Machina zachwiała się lekko i stanęła bez ruchu, po czym terkocząc, jakby ktoś taśmę starą na koło drewniane nawijał i przy wtórze upiornej jakiejś melodyjki, odezwała się w następujące słowa:


Długie i czarne są wieczności noce
I jak nieżywa tkwi w nich myśl maszyny
Szepcząc do siebie wojenne historie
Bez smutku, śmiechu i poczucia winy

Stapia się w ciszę maszyneria stara
Ostatnia ruchu sekwencja zanika
Co nami było - dziś kamień omszały
Rdza, czarna woda i ziemia przenika

Lecz zanim myśli ostatnie zagasną
I w zapomnienie pójdą nasze czyny
Niech władca ludzi nam odpowie jasno:
W czym żeście byli lepsi od maszyny?

Po tych słowach Żelazny Jan zastygł w oczekiwaniu a przerażony król wykrzyknął:

- Co to ma znaczyć? Co to za upiorne rymy? I skąd ja mam to wiedzieć?

- Lecz zanim myśli ostatnie zagasną... - zaczął znów deklamować Żelazny Jan, ale stary król nie kontrolował już wzburzenia dyktowanego strachem. Wychylając głowę zza pleców mędrca, wypiszczał:

- Daj mi spokój, słyszysz upiorze żelazny?! Ja... ja... jestem stary i zmęczony! Nie chcę umierać! Nie chcę umierać!

Maszyna milczała wyczekująco. Pomiędzy nią a królem zapadła ciężka cisza, która przestraszonemu królowi odbierała dech. W końcu coś pękło i władca odczepił się od pleców mędrca, kucając z płaczem na podłodze.

- Za co... za co... mnie to spotyka! - rozpłakał się król. - Naj... najpierw synowie odeszli... ani jeden, ani drugi... nie... nie pamiętają o ojcu starym! Żo... żona nie żyje, suchoty... Całe królestwo się rozpada, poddani ciągle niezadowoleni! W kościach mnie łupie! Sam powiedziałeś – chwycił połę szaty mędrca, który zamierzał schować się za kolumnę – sam mówiłeś, że podagrę mam! I na co mi takie życie? Co ja mam robić! - wrzasnął nagle, najwidoczniej dostając ataku histerii. - Nie chcę umierać! Chcę żyć! Chcę znów być młody! Dlaczego królowie muszą się starzeć i umierać?! Czy ja jestem komuś potrze.... potrzebny jeszcze? I teraz przylazło takie.. na co mi to? Po co?! Wszystko, wszystko straciłem... wszystko... Po co ja żyję na tym świecie?! - i stary król rozbeczał się jak dziecko.


Żelazny Jan patrzył na niego przez chwilę, po czym odwrócił się z wolna trzeszcząc i terkocząc i wyszedł z sali.


Szedł przed siebie powolnym, mechanicznym krokiem. Zostawił za sobą zamek, wioski, lasy i pola. Padał na niego deszcz i dął w niego zimny wiatr. Pod żelaznymi stopami kruszyły się kamienie. I z wolna kołatały w nim myśli, z wolna rosły i opadały na dno, w którym – jak teraz zrozumiał – duszy spragnionej życia i przerażonej jego końcem, nie było i nigdy nie będzie.


A gdy już stanął na cmentarzysku starej maszynerii zastygł, zaterkotał i nie poruszył się więcej.

czwartek, 15 stycznia 2009

Istnieje wiele przerażających przedmiotów za których użycie dostaje się specjalne miejsce w Piekle, ale najbardziej złowieszczych i zgubnych jest podobno siedem – naznaczonych czarną krwią przez samego Złego. Wielu śmiałków oddało życie, by zdobyć choć jeden z nich. Ludzkie pragnienia są bowiem przewrotne i często prowadzą marzycieli do zguby.


Posłuchaj o czterech z nich, trzy pozostałe zapadły bowiem w otchłań zapomnienia.


Podobno nie wszystkie z Siedmiu Zakazanych były złe od samego początku. Kilka stworzono nie znając ich przeznaczenia - trafiły jednak w ręce ludzi podłych, którzy wykorzystali je do najpodlejszych uczynków. Tak było choćby z trzema srebrnymi gwoździami. Nie jest to miejsce by mówić do jakiego straszliwego czynu zostały kiedyś użyte, sprowadził on jednak na nie potworne przekleństwo. Mówią, że wystarczy użyć jednego gwoździa, by zabić każdą istotę – z tego i nie z tego świata. Jeśli użyje się dwóch – to dusza zabitego nie będzie mogła opuścić jego ciała. Nieszczęśnik taki błąkać się będzie po świecie, napadając żywych. Co stanie się jednak, jeśli użyjemy trzech gwoździ – nie wiadomo.


Bardziej zgubnym przedmiotem od trzech przeklętych gwoździ jest jednak Rzeźba Rozkoszy, stworzona podobno przez samego diabła. Wygląda ona rozmaicie, gdyż nie ma swojej niezmiennej postaci. Raz jawi się oczom jak misterna rzeźba, a raz niczym bluźniercza kolumna pokryta freskami i płaskorzeźbami przedstawiającymi obrazy od których każdy, choćby miał serce najczystsze, poczuje wezwanie zgubnej żądzy. Będzie on wciąż wpatrywał się w przeklęty artefakt, który pokrywać się będzie przed jego oczami coraz obelżywszymi i bardziej zepsutymi wizerunkami. Zepsucie sięgnie do najgłębszych zakamarków serca nieszczęśnika, który nie mogąc panować już nad swymi pragnieniami uczyni wszystko, by je zrealizować.


Trzecim przedmiotem jest słynna Księga Zmarłych, owa biblia szatańska oprawiona w ludzką skórę. Opasłe tomiszcze zaginęło przed wiekami, przechodząc przez ręce wielu szalonych kolekcjonerów, można jednak natrafić na część jego przeklętych kart przyzywających demony i dusze potępionych. Już za same zerknięcie w przeklęte stronice otrzymuje się dziesięć lat Piekła. Ludzie bogobojni nie raz próbowali spalić przeklętą księgę, jednak nie imał się jej ogień i ludzka ręka nie potrafiła go zniszczyć.


Najbardziej niebezpiecznym i przeklętym przedmiotem ze wszystkich tu przedstawionych jest jednak Szklany Kompas. Może dlatego, że wygląda on niepozornie. Niewielki i przerdzewiały ma jednakże urok, któremu nie sposób się oprzeć. Wystarczy wziąć go do ręki, by zachwycić się misternie wykonanym cyferblatem - Kompas ów bowiem go posiada, niczym kunsztowny zegarek. Drugie spojrzenie i w twoje serce wpadnie widok kilku jego strzałek – każdej innej, każdej wyjątkowej. Jedna wygląda jak delikatny listek pokryty srebrnymi żyłkami, inna jak wskazówka pradawnej machiny, ozdobnej w kółka zębate. Kolejna: jak mała ludzka dłoń z wyciągniętym palcem, i znów następna – jak różdżka czarodzieja. Strzałki ruszają się niczym żywe i terkoczą radośnie, chowając się jedna za drugą. Niekiedy, gdy przyłożysz ucho do zimnego szkiełka usłyszysz dobiegającą z Kompasu melodię. Uśpi ona twą czujność, niczym zapomniana kołysanka, lecz jeśli dasz się jej uwieść – na zawsze w ciebie zapadnie.


Szklany Kompas nie należał nigdy do Złego, choć ten bardzo go pragnął i drążył Ziemię szukając go od wielu tysiącleci. Raz widział go Anioł i niemal miał go w dłoni: Kompas opadł wszakże na dno wielkiego morza. Spoczywał tam długie lata, by – wraz z przypływem – trafić na kamienistą plażę. Tam, dawno temu, znalazł go chłopiec zbierający muszle i zabrał go ze sobą.


Gdy nadeszła noc chłopiec usnął, ściskając w dłoni Szklany Kompas. Strzałki kręciły się, nucąc swoją melodię, terkocząc wesoło i pierwsza z nich – ta z ludzkim palcem - stanęła gwałtownie, drżąc od szumu morza. Chłopiec otworzył oczy. Pomyślał, że pójdzie tam, dokąd wskazuje palec, a kiedy raz tego zapragnął, nie mógł uwolnić się od tego pragnienia. Poszedł zatem przed siebie, nie biorąc nic ze sobą – oprócz Szklanego Kompasu.


Dziwna była to podróż. Chłopiec mijał ludzkie siedziby, lecz nikt go nie dostrzegał. Wchodził do ludzkich domów w momencie, gdy akurat nie było w nich nikogo. Mógł w nich buszować do woli i zjadać jedzenie ze spiżarni. Bywało, że niezauważony wchodził do królewskich skarbców, gdzie chwytał w dłonie królewskie monety. Zakradał się do namiotów dowódców stacjonujących z dala od prowadzonych bitew i ze znudzeniem przeglądał strategiczne mapy, od których zależały losy wojny. Wchodził i wychodził z więzień, przemykając pomiędzy strażnikami i więźniami niczym duch. Ze Szklanym Kompasem w ręku zawsze był bezpieczny. Zdążał zawsze i wszędzie i zwiedził wiele miejsc, biorąc co chciał i nie płacąc za nic. Był niczym pan świata lecz dziwne było jego królestwo – bo puste i samotne, pełne pokoi z zastawionym stołem, karczm z łożami, w których nikt nie sypiał i ścieżek, na których nie napotykał na nikogo.

I tak upłynęły trzy lata jego wędrówki. Chłopiec stał się młodzikiem. Wciąż wędrował przed siebie, niezauważony przez nikogo, coraz bardziej znużony.

- Kręcę się w kółko – powiedział pewnego dnia do siebie, siedząc na przydrożnym kamieniu i patrząc na rozciągający się w dole pejzaż. - Czy nie można po prostu dojść dokądś? Najlepiej tam, gdzie ziemia ma swoje serce. Musi być chyba coś, co jest tu najpotężniejsze, co rządzi całym światem...

Ledwie wypowiedział te słowa, strzałka z ludzkim palcem drgnęła, wskazując na północ. Z wnętrza Szklanego Kompasu dobyło się melodyjne terkotanie, a chłopiec natychmiast ruszył przed siebie, idąc za jego wskazaniem.

Szedł tak trzy dni, aż dotarł do niewielkiej wioski leżącej w pobliżu lasu. Zdawało się, że niczym nie wyróżnia się ona od innych – dobiegł go jednak delikatny zaśpiew i ulotny zapach, którego nie potrafił określić, a który rozsadzał mu serce wielką tęsknotą. Młodzik pobiegł przed siebie i stanął nagle jak słup – ujrzał bowiem najpotężniejszą rzecz na tym świecie. Była to przepiękna dziewczyna, śpiewająca do siebie i wyciągająca wiaderko wody ze studni. Jej włosy były niczym len, ciało jak aksamit, a oczy jak wiosenny zmierzch. Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się, a on uśmiechnął się do niej.


Krótko trwało ich szczęście, bo przedstawicielka tej najpotężniejszej na ziemi siły przez chwilę tylko była na tym padole. Ledwie kilka miesięcy po ich spotkaniu odeszła wskutek ciężkiej choroby i młodzik znów został sam. Nic poza cierpieniem nie trzymało go w wiosce, znów ruszył zatem przed siebie – teraz jednak wolniej stawiał już kroki, a z każdym krokiem mniej było miejsc, do których chciał podążyć. Widział już wszystko i był wszędzie, lecz nic go nie cieszyło. I tak, pewnego dnia, drgnęła druga strzałka.


Była to strzałka czarodzieja. Młodzieniec poszedł za nią i znalazł się w innej krainie. Nie był to już świat ludzi, lecz zaklęte księstwo, pełne dziwów i czarów. Mijał w nim pola pełne złotej pszenicy i strzeliste pałace. Odwiedzał zaczarowane jeziora i ogrody, wielkie niczym miasta. Widział dziwaczne postacie nie przypominające ludzi. Wiele razy młodzieniec pragnął odrzucić Kompas i zagadnąć jedną z napotkanych ras, gdyby nie oczy owych cudownych istot – tajemnicze i nieludzkie, dziwnie obce. A był to zaledwie ułamek dziwów tych dziwacznych krain, po których – tak jak po ludzkim, znanym świecie – młodzieniec poruszał się niepostrzeżenie.


Niestety, najbardziej cudowne i niesamowite miejsce potrafi z czasem znużyć.

- Wszystko jest tu piękne i niesamowite – powiedział do siebie młodzieniec trzeciego roku dziwacznej podróży. – Wszystko jest fascynujące, ale jak znaleźć tu szczęście i miłość? Wszędzie tylko pałace, zaklęte księżniczki, zaczarowane jeziora, tajemnicze pieśni i tańce w zagajnikach. Musi być coś, co nadaje sens temu wszystkiemu. Inaczej na co komu wszystkie te cuda?

Ledwie wypowiedział te słowa, strzałka o wyglądzie różdżki drgnęła zauważalnie wskazując południe, a z wnętrza Kompasu dobiegła terkocząca melodyjka. Młodzieniec ruszył natychmiast i zaledwie po trzech dniach dotarł do miejsca, z którego przybył. Patrzył w zdziwieniu na przejście do świata ziemi, który opuścił trzy lata temu lecz teraz zauważył, że z zaklętych krain leci ku niej podmuch, zefir lekki jak marzenie. Stanął więc w miejscu, zamykając oczy i nasłuchując jak każda z historii rozgrywanych w zaczarowanej krainie spada na ziemię, jak drogocenny diament. Każde z magicznych wydarzeń płynęły ku ziemi i upadały w ludzi, nasączając ich tęsknotami i marzeniami. Młodzieniec otworzył oczy.


- Taki kawał drogi, by dojść do tego samego miejsca! - krzyknął. - Byłem już tutaj! To wszystko jest beznadziejne, o co chodzi w tym wszystkim? Strata czasu, śmierć i pustka…


Na jego słowa, drgnęła nagle trzecia strzałka, wyglądająca niczym wskazówka machiny.


Młodzieniec ruszył natychmiast. Szedł za jej wskazaniem w ciężki, mroczny zaduch i odległy łoskot uderzających młotów. Z każdym krokiem czuł coraz większy strach. W tej krainie był krótko i szybko wymazał pamięć o jej widoku. Było to bowiem miejsce bólu, pełne jezior ognia, rozrywanych ciał potępionych, sal tortur i koszmaru, labirynt cierpienia i wyszukanych rozkoszy. Gdyby nie Kompas, wiodący go przez korytarze i pałace, podróżnik szybko padłby zemdlony od panujących tam oparów. Szybko przechodził przez hale olbrzymich machin, skarbce umarłych i jaskinie zapomnienia. Po pewnym czasie pędził przed siebie jak oszalały, aż stanął wreszcie w miejscu - cierpienie zdawało się bowiem być nieskończone.


- Co za potworność... - wyszeptał do siebie lękliwie. - Tak zatem wygląda brak wszelkiej nadziei. Tu nie ma miejsca, do którego można by dążyć i nie ma żadnego sensu – tylko ból. A może to ma jakiś sens?


Ledwo powiedział te słowa, strzałka szybko zmieniła się w ostatnią: wyglądającą niczym delikatny, piękny liść.


Młodzieniec ścisnął w ręce Kompas, jakby zależało od niego jego życie. Patrząc na ostatnią strzałkę biegł przed siebie, a ona wyprowadziła go z królestwa bólu w dziwne, ulotne miejsca. Stąpał po nich ostrożnie i bojaźliwie, była to bowiem część świata, która nigdy nie została ukończona, a jedynie utkana ze światła. Z każdym krokiem podróżnik uspokajał się jednak i strząsał z siebie piekielny odór. I tak doszedł przed Bramę Raju.


Zbliżył się do niej niepewnie, choć przeczuwał przecież, że ją właśnie wskazuje ostatnia strzałka. Jego serce rwało się tam jak szalone i chociaż Szklany Kompas nie zawiódł go do tej pory, to teraz chłopiec szedł przed siebie niepewnie i w strachu, co może go spotkać. Strzałka kazała mu nagle skręcić, co też uczynił, po czym zaczęła kręcić się w kółko, co oznaczało stanie w miejscu. Stał zatem, wciąż zerkając na Bramę, aż do momentu, gdy Szklany Kompas kazał mu iść naprzód.


Był już tak blisko! Brama Raju stała półotwarta po wpuszczeniu do Błogosławionej Krainy kolejnej duszy. Nikt nie stał akurat na straży. Młodzieniec, wciąż niepewnie, przekroczył ją zatem, a ona zamknęła się za nim. Stał teraz, otumaniony niewysłowionym pięknem Złotej Drogi prowadzącej w głąb Raju. Po jej bokach wznosiły się rajskie Drzewa, a każde uginało się od owoców na zawsze gaszących głód i pragnienie. Dalej, na horyzoncie, widać było Ogród Zbawienia i strzeliste, srebrne wieże rajskiego Miasta.


Podróżnik popatrzył jeszcze przez chwilę na tę Krainę, do której dąży każda ludzka istota i odrzucił Kompas, daleko za rajski mur. A ten poleciał przez mgły niedokończonego świata z powrotem na Ziemię. Już nie był potrzebny,– ktokolwiek bowiem przekroczy Bramę Raju, ten, według prawa, zostanie w nim na zawsze.


I dlatego ów Kompas jest przeklęty.

piątek, 19 grudnia 2008

Stare drzewa w naszym lesie, omszałe kamienie i zapomniane strumyki opowiadają historię o Zuzannie.


Nie jest ją łatwo usłyszeć. Możesz wejść głęboko w naszą puszczę i przytknąć ucho do kory, ale dobiegnie do ciebie tylko szum lasu i ciche szepty zamieszkujących drzewo stworzeń. Możesz upić łyk wody z leśnego strumienia, ale nie jest powiedziane że wyczujesz smak dawnej opowieści. Możesz chwycić w dłoń zimny kamień z dna tego strumienia, ale wychwycisz tylko rozbiegane i krótkie rybie myśli.


Jest tylko jeden sposób, aby dowiedzieć się tej historii – trzeba przeczytać ją teraz. 


Opowieść rozpoczyna się w czasach gdy pomiędzy zwykłymi drzewami rosły inne: wielkie, poskręcane i bardzo stare. Były to Pierwsze Drzewa, pamiętające pustą jeszcze ziemię i dotyk tajemnej Mocy, która powołała je do życia. Pamiętając o niej, gdy zapadała noc, wznosiły  konary w kierunku księżyca i poruszały się lekko, trzeszcząc w języku gałęzi. Niektóre miały wiele do powiedzenia o mrocznych wodach pod korzeniami i zakopanych szczątkach. Inne śpiewały tubalnym głosem o słońcu, które usypiało je za dnia świetlistymi promieniami. A jeszcze inne mówiły o dziwnych, dwunożnych stworzeniach wchodzących w puszczę ze złowrogimi siekierami.


- Wyrywają sobie korzenie! – szumiały z oburzeniem drzewa. - I nazywają to chodzeniem! Paskudztwa z oślizgłą korą!

- Chcą naszej kory, bo nie mają własnej!

- Ich liście są wiotkie i cieńsze od trawy! Paskudztwa!

- Niedrzewa!


Ale pomimo protestów Pierwszych Drzew, Niedrzewa zadomowiły się blisko puszczy kalecząc ją siekierami i płosząc zamieszkujące ją stworzenia. Wściekłość Pierwszych Drzew słyszących i czujących morderstwa Niedrzew była zatem olbrzymia. Niestety, ich korzenie tkwiły głęboko w ziemi, dlatego nie mogły ruszyć do niedrzewnych domostw by dokonać zemsty, a obsypywanie intruzów liśćmi nie przynosiło efektu. Coraz bardziej bezradne i coraz bardziej zaciekłe w swej nienawiści, postanowiły więc zawrzeć sojusz z wilkami.


- Dopóki istniejemy, zawsze znajdziecie schronienie pod naszymi gałęziami – zaszumiały Pierwsze Drzewa. - Możecie mieszkać pomiędzy naszymi korzeniami, drążąc pod nami nory w których wychowacie swoje małe drzewiątka. W zamian za to, prosimy tylko, abyście polowały na Niedrzewa. Gryźcie ich korę swoimi dziuplami pełnymi ostrych gałązek, aż ich żywica wsiąknie w ziemię. Rozerwijcie ich swoimi korzeniami!

Wilki po krótkiej debacie przystały na propozycję Pierwszych Drzew, a przywódca ich stada  przypieczętował umowę unosząc łapę i podlewając korzenie najstarszego z nich. Wilki nie znają bowiem atramentu i gardzą papierem, pochodzącym przecież  z cierpienia drzew. Jeśli nie wierzysz, że tak właśnie to się odbyło pamiętaj, że do tej pory wilki i ich pobratymcy przypominają drzewom o tej prastarej umowie. A od jej pierwszego podpisania upłynęło przecież tysiące lat.


Niestety, pomimo wilczych wysiłków nie udało się oszczędzić puszczy przed Niedrzewami. Co gorsza, nienawiść napastników obróciła się również przeciw wilkom. Przyparte do muru musiały wkrótce uciec się do wojny partyzanckiej.


Przywódca wilczego stada nie miał imienia, bo tylko ci którzy nie wiedzą kim są, nadają sobie jakieś nazwy – znała go jednak cała puszcza. Widząc śmierć swoich pobratymców w nierównej walce, zdecydował się zwołać wielką naradę skłóconych leśnych rodów. Rolę heroldów wzięły na siebie Pierwsze Drzewa. 


- Wielka Narada… rada… rada… – powtarzało echo zamknięte w ich dziuplach, gdy obok przechodziły leśne zwierzęta. Tym sposobem już po kilku dniach cała puszcza skrzeczała, szczekała, piszczała i warczała o krwawej zemście.


Na miejsce Wielkiej Narady wybrano Drewnianą Polanę w najstarszej części puszczy. Gdy wszystkie zwierzaki przybyły wreszcie i usiadły w spokoju, głos zabrał najstarszy z wilków.

- Biada! – warknął ochryple. – Biada, gniew i lament spadną na niedrzewi ród, który zgotował śmierć naszej puszczy! Wróg wściekle toczy żywicę Pierwszych Drzew, pasami obdziera je z kory, ucina konary, rżnie w pieńki i szczapy! Dość pokornej śmierci! Nadeszła pora dać życie, żołnierze lasu!

Mowa wilka przeszyła na wskroś sumienia leśnych rodów. Stało się jasne, że zbliża się wojna na śmierć i życie i nie ma czasu na dawne niesnaski. Gdy jednak ucichł płomienny apel i przestygły nieco gorące głowy, między gromkie zapewnienia o „walce do końca” i „śmierci, której należy spojrzeć w oczy”, wślizgnęła się polityka.


- Wilki zjadły mojego szwagra – przypomniał zając. – Teraz mam za nie nadstawiać karku? Co z tej ofiary przyjdzie nam, zającom?

- Właśnie, dobre pytanie! – zahukał dzięcioł. – A co ja mam powiedzieć? Sowy obsiadły wszystkie drzewa! Czy dzięcioły już nie mają prawa usiąść na gałęzi?

- To potwarz! – zawyła sowa. – Dzięcioły mijają się z prawdą!

- Dziki ryją ziemię i zasypują nam norki! – wrzasnął kret. – Nie można ufać dzikom!

- I jeżom!

- I myszkom! 

- Lisy też nie lepsze!

- I kto to mówi!

- Sza! Sza! – zaszumiały i zaszeleściły Pierwsze Drzewa, jakby zerwał się wściekły wicher. – Wstydźcie się! Wróg jest u bram, a wy ujadacie!...


Pomimo starań Pierwszych Drzew już po chwili cała polana zawrzała od pretensji, inwektyw i wyzwisk. Stało się jasne, że nie można wypowiedzieć wojny wrogowi bez zakończenia wojny domowej. Zwierzaki pewnie kłóciłyby się do rana, gdyby nie wilk.


- Zamknijcie mordy, pyski i stulcie dzioby! – warknął. – Musimy się zgodzić. Zającu, ród wilków przeprasza za spałaszowanie twojego szwagra, ale nie da się cofnąć czasu. Dlatego możesz być pewien, że od tej pory żaden wilk nigdy nie upoluje zająca, uroczyście ci to przysięgam.


Na polanie zaległa cisza jak makiem zasiał. Wreszcie przemówił zając.


- Cieszy mnie takie postawienie sprawy, mądry wilku – powiedział. – W zamian za to zajęczy ród zobowiązuje się nie podgryzać gałązek Pierwszych Drzew.


- Wdzięczni jesteśmy rodowi szaraków – zaszumiało po chwili Pierwsze Drzewo. – Wiedzcie, że w zamian za to dzięcioły znajdą schronienie wśród naszych konarów.


I tak kolejno każdy ród rezygnował z dawnych roszczeń, przepraszał za winy swych przodków i zobowiązywał się do ustępstw wobec innego rodu. W ten sposób w ciągu Wielkiej Narady narodził się nowy pokój między zwierzakami, silna sieć zobowiązań w której każdy grał rolę ogniwa spajającego łańcuch wiążący paktem ich wszystkich. W tym układzie każdy był tak samo ważny: jeż, łoś czy pszczoła. Wszyscy solidarnie stanęli przeciw Niedrzewom.


Rozpoczęła się długa, zacięta walka, która pochłonęła wiele ofiar po obu stronach barykady, jednak żadna ze stron nie zbliżyła się do ostatecznego zwycięstwa. I tak krwawy bój trwałby do dziś, gdyby nie stało się coś, czego nie przewidziały ani Pierwsze Drzewa, ani wilki, ani nawet sowy. Umowa uległa zmianie.

 
1 , 2 , 3